» » Czkawka partnerstwa ukraińsko-polskiego

Про мене

Публіцист і письменник, полеміст і фейлетоніст, дотепник і мізантроп.
А також – полонофіл, юдофіл, германофіл, панхорватист.
Галицький націоналіст
зі схильністю до українофобії.
Деталей вам краще не знати.

23:01, 23/01/18. Тексти / ЗМІ / PL

Czkawka partnerstwa ukraińsko-polskiego

Jak się rozwijał kryzys

Do zaostrzenia retoryki w przestrzeni publicznej doszło na samym początku roku, gdy prezes PiS, Jarosław Kaczyński, zakomunikował prezydentowi Petro Poroszence, że „Ukraina do Europy z Banderą nie wejdzie”. Wyraził też zwątpienie, czy Polska nadal ma być „adwokatem” Ukrainy, a jeśli tak, to na jakich warunkach? W lipcu to samo „przesłanie” powtórzył szef polskiego MSZ, Witold Waszczykowski. Także w lipcu Sejm uznał wydarzenia na Wołyniu w czasie wojny „ludobójstwem”, zorganizowanym przez UPA. A na ekrany kin w Polsce wszedł film fabularny „Wołyń”, który na Ukrainie został odebrany jako „antyukraiński”. W międzyczasie miały jeszcze miejsce incydenty, przykładowo, z niewpuszczeniem na Ukrainę prezydenta Przemyśla, Roberta Chomy (z czego strona ukraińska szybko się wycofała), z odmową polskiego rządu dofinansowania uroczystości z okazji 70. rocznicy Akcji Wisła, z atakiem nacjonalistów polskich w Przemyślu na procesję Ukraińców. Po zniszczeniu przez polskich radykałów pomnika UPA we wsi Hruszowice, ukraiński IPN zaprzestał udzielania stronie polskiej zezwoleń na poszukiwania i ekshumację szczątków polskich ofiar wojennych konfliktów na terytorium Ukrainy. Szef polskiego IPN określił stosunki z ukraińskim IPN jako „zimną wojnę”. Na co szef ukraińskiego IPN odpowiedział, że „dzisiejszy poziom stosunków z Polską jest na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci najgorszy”. W ten oto sposób zostały stworzone idealne warunki dla kolejnego zaostrzenia sytuacji dotyczącej tego zagadnienia. Nastąpiło to w październiku. Podczas wizyty w Kijowie wicepremiera RP, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, Piotra Glińskiego, padła propozycja, by współpracę podnieść na wyższy szczebel polityczny, omijając ukraiński IPN i międzyresortową Komisję ds. Wojen i Represji Politycznych, opanowane, zdaniem strony polskiej, przez ludzi o poglądach nacjonalistycznych i wrogich Polsce. Propozycja ministra nie została uwzględniona. Także pod koniec października Witold Waszczykowski poinformował prasę, że jego resort ma zamiar sporządzić listę Ukraińców o poglądach wrogich Polsce, którzy nie będą wpuszczeni do kraju. A także, że będzie sugerował prezydentowi odwołanie wizyty na Ukrainie. Rzeczywiście, w listopadzie szef ukraińskiej Komisji Światosław Szeremeta nie został wpuszczony do RP. Na początku listopada prezydent Andrzej Duda powiedział w rozmowie z telewizją Trwam: „Oczekuję od pana prezydenta Petro Poroszenki i od jego współpracowników, od pana premiera Wołodymyra Hrojsmana, że ludzie, którzy otwarcie głoszą poglądy nacjonalistyczne i antypolskie nie będą zajmowali ważnych miejsc w ukraińskiej polityce”. Parę dni później Bartosz Cichocki, wiceminister MSZ, mówił w Sejmie, że „Ukraina podejmuje dzisiaj decyzje, które stawiają pod znakiem zapytania deklarację o strategicznym partnerstwie”. 8 listopada prezydent Poroszenko zainicjował zorganizowanie nadzwyczajnego posiedzenia Komitetu Konsultacyjnego Prezydentów Ukrainy i Polski, by nie dopuścić do eskalacji w stosunkach dwustronnych. Spotkanie odbyło się w Krakowie, rozmowy nie przyniosły jednak widocznych rezultatów.

Krótko o historii udawania przyjaźni

Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania nie jest możliwe bez przypomnienia kilku ważniejszych faktów, jak stosunki ukraińsko-polskie kształtowały się w ciągu ostatnich dwudziestu sześciu lat, od momentu uzyskania przez Ukrainę nieodległości. Ukraina jako młode państwo postsowieckie, ogarnięte chaosem, nie miała wielu przyjaciół na świecie. Pierwszym krajem, który uznał niepodległość Ukrainy, była Polska (2 grudnia 1991), ale sama nie była jeszcze w stanie udzielić jakiejś specjalnej pomocy. Tak naprawdę stosunki dwustronne zaczęły się kształtować po roku 1995, gdy prezydentami zostali Leonid Kuczma i Aleksander Kwaśniewski. Podobno szybko się zaprzyjaźnili – spotykali się dosyć często. Jednak z niewielką korzyścią dla swoich krajów. Projekt „stulecia”, rurociąg Odessa – Brody – Gdańsk, nigdy nie zaczął funkcjonować przez brak zainteresowania strony polskiej i potencjalnych partnerów europejskich. Polsko-ukraiński uniwersytet w Lublinie bardzo szybko okazał się niewypałem – z winy strony ukraińskiej. Największa inwestycja ukraińska w Polsce – zakup Huty Częstochowa przez korporację Związek Przemysłowy Donbasu – musiała przejść przez siedem kręgów piekła, co zniechęciło szereg innych potencjalnych inwestorów z Ukrainy. Jednak w tym okresie ekipa prezydenta Kwaśniewskiego z własnej inicjatywy wykreowała RP na „adwokata Ukrainy”. Co się w pewnym aspekcie opłaciło podczas kryzysu związanego z zabójstwem dziennikarza Georgija Gongadzego w Kijowie, o zlecenie którego był podejrzewany Leonid Kuczma. W tym czasie polski prezydent był jedynym liderem państw cywilizowanych, który kontaktował się z prezydentem Ukrainy – nie bardzo to pomogło Ukrainie, ale bardzo się przydało samemu Kuczmie. Mówiono, że w czasie tak zwanej pomarańczowej rewolucji to właśnie Kwaśniewski wyjednał dla niego gwarancje nietykalności u nowych władz postrewolucyjnych. Nowym prezydentem RP został w 2005 roku Lech Kaczyński, który wspierał „rewolucje” w Kijowie. Wówczas wydawało się, że teraz stosunki ukraińsko-polskie będą rozwijać się na zasadach uczciwych i partnerskich. Ale tak się nie stało. W czerwcu 2009 roku napisałem dla „Gazety Wyborczej” pełen rozczarowania artykuł pod tytułem: „Koniec udawania”, w którym podkreślałem, że owszem, w celach zarobkowych Ukraińcy chętnie jeżdżą do Polski, ale wcale nie interesuje ich polepszanie stosunków dwustronnych. „(...) większość Ukraińców żyje w naiwnym przekonaniu, że nasze stosunki są wzorcowe, o czym wciąż przekonują nas w wywiadach politycy i dyplomaci. Mit o wzorcowych stosunkach Polski i Ukrainy ma zresztą dobrą tradycję. Ukuli go jeszcze poprzedni prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma. Na zasadzie inercji podtrzymują go prezydenci Juszczenko i Kaczyński. To bezpieczniejsze niż prawda odbiegająca od urzędowego optymizmu” – pisałem. Miałem na myśli różne polsko-ukraińskie problemy historyczne, rozwiązania których, a nawet mówienia o niektórych z nich, unikały wszystkie elity ukraińskie i część polskich. A była to bomba z opóźnionym zapłonem. Ze strony polskiej coraz aktywniejsze stawały się środowiska kresowe, domagające się zadośćuczynienia, czekające, aż ich czas nastanie. Z ukraińskiej zaś, widoczne było lekceważenie problemu przez jednych i próba ucieczki od odpowiedzialności moralnej przez innych. Po kolejnych wyborach prezydenckich nie było komu budować stosunków opartych na nowych przejrzystych zasadach, nikogo nie interesowała ich nowa jakość. Ukraiński prezydent Wiktor Janukowycz – analfabeta i kleptoman – postrzegał Ukrainę wyłącznie w charakterze sejfu, dzięki któremu mógł się bezpiecznie bogacić pod nadzorem i za pozwoleniem Rosji. Prezydent Bronisław Komorowski miał chyba inne kłopoty, niż stosunki z Ukrainą, w każdym razie nie miał pomysłów na ich polepszenie. Dlatego obie strony skoncentrowały się na przygotowaniach do piłkarskich Mistrzostw Europy – Euro 2012. Projekt został uznany za kolejny przykład wzorcowych stosunków dwustronnych. No, a dalej, wiadomo: Euromajdan, aneksja Krymu przez „zielonych ludzików”,rebelia w Donbasie i powstanie samozwańczych republik. Polska od początku każdego tego wydarzenia bardzo mocno i zdecydowanie angażowała się na rzecz Ukrainy, ale gdy doszło do poszukiwania rozwiązań – format normandzki (spotkania przedstawicieli Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy), porozumienie mińskie (dokument mający doprowadzić do rozwiązania konfliktu zbrojnego na wschodzie Ukrainy podpisany przez prezydentów Ukrainy, Rosji i Francji oraz kanclerz Niemiec) – negocjowano je bez udziału RP. Dla Polski Ukraina przestała być od tej chwili „małym podopiecznym” chociażby dlatego, że stała się poważnym problemem dla Zachodu. Taki „adwokat” nie jest już władzom w Kijowie do niczego potrzebny – teraz porządek w naszym kraju nadzorują wielcy gracze: UE, USA, MFW, OBWE. Polska jest odbierana jako „adwokat drugorzędny”. Tym bardziej, że po przejęciu całkowitej władzy w Warszawie przez PiS do Kijowa nadchodzą coraz bardziej irytujące wiadomości znad Wisły. Tym bardziej irytujące, im mniej realistyczne. Strona polska czasem naprawdę przesadza. Mówiono już sto razy, że jedną sprawą jest udział części banderowców w rzezi wołyńskiej, inną zaś walka UPA przeciwko Armii Czerwonej. Ukraińcy nigdy nie zgodzą się na uznanie wszystkich „powstańców” za zbrodniarzy. To samo dotyczy „oczekiwań” prezydenta Dudy wobec prezydenta Poroszenki, by w polityce ukraińskiej nie było ludzi o „poglądach nacjonalistycznych i antypolskich”. Czy sam prezydent Duda byłby w stanie powyrzucać z polskiego kręgu władz wszystkie osoby o poglądach antyukraińskich? Kijów nie bardzo rozumie, dlaczego Warszawa prowadzi politykę bilateralną w taki sposób. Moim zdaniem dlatego, że PiS, przy znacznym wsparciu społeczeństwa polskiego, wreszcie jasno może powiedzieć, że tym bardziej nie życzy sobie udawanego partnerstwa, im bardziej widzi lekceważenie ze strony Kijowa. „Są granice, których się nie przekracza. Przez wiele lat demonstrowaliśmy cierpliwość” – powiedział dziennikarzom prezes PiS. W pewnym sensie ma rację: Ukraińcy nigdy nie przeprosili za Wołyń, faworyzowany przez Polskę prezydent Wiktor Juszczenko odwdzięczył się uhonorowaniem Stepana Bandery tytułem bohatera Ukrainy, wspierany przez Polskę prezydent Poroszenko też wypowiada się jednoznacznie o bohaterach z UPA itd., itp. Być może odczuwając, iż przysłowiowa marchewka już nie działa, Polska postanowiła użyć kija?

Co na to Kijów?

Wygląda na to, że w ciągu całego okresu pogarszania się stosunków po stronie ukraińskiej najbardziej się tym przejmowali eksperci, publicyści, działacze społeczni, tylko nie przedstawiciele elit politycznych i rządzących. Askold Łozyński, były przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Kongresowego Ameryki, w artykule „Mniejszość ukraińska w Polsce w niebezpieczeństwie: co na to Kijów?” oskarża władze ukraińskie o lekceważenie, a nawet wręcz o ignorowanie problemów tej mniejszości, wnioskując: „I właśnie widząc brak aktywności z ich strony, Polacy mogą sobie pozwolić na gnębienie naszej mniejszości”. Bogdan Sokołowski, były urzędnik z czasów prezydenta Juszczenki, pisze: „Słowa polskiego ministra to następstwa naszej pasywności”. Mykoła Kniażycki, poseł Rady Najwyższej Ukrainy i współprzewodniczący Grupy Parlamentarnej ds. kontaktów międzyparlamentarnych z RP, w felietonie „Czy sąsiedzi powinni nas uczyć demokracji oraz polityki historycznej” także między innymi wspomina o braku poparcia przez Kijów dla mniejszości ukraińskiej. Prawie żaden z ukraińskich autorów nie pomija przy tym kwestii rosyjskiej, kierując odpowiedzialność za incydenty po obu stronach granicy polsko-ukraińskiej na „skrytych agentów Kremla”. Są też kamyczki w ogród niewdzięcznego Zachodu, który nie docenia rzekomej obrony Europy przed potencjalną militarną agresją Rosji. „Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, ponieważ Ukraina komuś w Polsce wydaje się być ‘łatwym łupem’, ponieważ jest w stanie wojny hybrydowej z Federacją Rosyjską, a niektórzy urzędnicy zachodni pragną czasem rozwiązać gospodarcze problemy swoich krajów kosztem Ukrainy” – piszą w artykule „Od adwokata do prokuratora” dwaj kijowscy eksperci. „‘Nakręcanie’ kwestii ukraińskiej częścią sił wewnętrznych plus niestrudzona praca agentury rosyjskiej robią swoje” – pisze też na Facebooku Oksana Juryneć, posłanka Rady Najwyższej Ukrainy i członkini Grupy Parlamentarnej ds. kontaktów międzyparlamentarnych z RP. Nikt z powyższych, ale także wielu innych autorów nie wspomina o jakiejkolwiek winie – czy przynajmniej zaniedbaniach – ze strony ukraińskiej. Uważam, że bezkrytyczność ukraińskich ekspertów oraz relatywnie pasywna reakcja ukraińskich elit jest następstwem trzech czynników. Po pierwsze, nikt w Kijowie nie wierzy w możliwość zablokowania przez Polskę ewentualnego wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej, jeśli na takie zbliżenie wyrażą swoją wolę Berlin, Paryż i Waszyngton. Czyli, jak pisze ukraiński współprzewodniczący Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa, znany dziennikarz Witalij Portnikow: „Warszawa nie odgrywa – i po prostu nie może odgrywać z racji swojej marginalnej pozycji w polityce europejskiej – żadnej realnej roli w uregulowaniu kryzysów ukraińskich”. Po drugie, ukraińscy działacze o poglądach „antypolskich” wcale nie przejmują się tym, że nie zostaną do Polski wpuszczeni. Wielu z nich już kraj „zaliczyło”, zobaczyło główne atrakcje kraju, często zresztą kosztem podatnika polskiego – teraz kolej na stolice innych państw świata. Po trzecie, z całym szacunkiem do naszego dobrosąsiedztwa i wspólnej historii, Polska nie jest dla Ukrainy najważniejszym partnerem gospodarczym. A to jest kwestia, która elity ukraińskiego biznesu interesuje najbardziej, o wiele poważniej niż stosunki międzyludzkie i międzynarodowe, tradycje historyczne czy kwestie pamięci. No właśnie, stosunki międzyludzkie... Ponad milion Ukraińców pracuje w Polsce – jak to wszystko się na nich odbije? Jak wspomniałem, elity ukraińskie wcale się tym nie przejmują. Zawsze tak było. W pewnym sensie milion Ukraińców w Polsce i jeszcze parę milionów w innych krajach jest następstwem tego, że elity ukraińskie są obojętne wobec ich losu: Będą w Polsce bici i poniżani? No, cóż taki już ich los. Podczas ewentualnego spotkania obu prezydentów nie o nich będzie mowa. Obaj szefowie państw, rozumiejąc, że tak szybko problemu nie da się rozwiązać, będą musieli w jakiś sposób złagodzić dyskurs publiczny, być może odsuwając w cień najbardziej nieustępliwych „działaczy o poglądach”. Nie będzie też można dopuścić do zdenerwowania „wielkich graczy”, bo komu w obecnej sytuacji w Europie potrzebna byłaby jeszcze konfrontacja polsko-ukraińska? Aha, a może Moskwie? Ten problem łatwiej można by rozwiązać, gdyby UE opowiedziała się po czyjejś stronie – mniej lub więcej formalnie. Lecz ani PiS-owskie rządy w Warszawie, ani postmajdanowe w Kijowie, nie są dla Brukseli dobrym partnerem do takich rozgrywek. Udawanie partnerstwa powróci. Ale na jak długo? Przecież to nie jest konflikt pomiędzy prezydentami czy rządami, ale między radykalnymi elementami polskiego i ukraińskiego społeczeństwa, które polityczne elity potrafiły dobrze rozgrywać. I będą to robić nadal, bo społeczeństwa w obu krajach coraz bardziej się radykalizują. Ewentualna zmiana rządów nie zmieni wiele, bowiem w kolejce po władze stoją jeszcze bardziej radykalni działacze, ponieważ takie jest zapotrzebowanie dużej części wyborców zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce. Nie jest to tendencja bynajmniej wyłącznie polska czy ukraińska. Jak będą się rozwijać stosunki polsko-ukraińskie w dużej mierze będzie zależało od tego, jak będzie się rozwijać sytuacja w całej Europie.

  • FaceBook коментарі